Zachód czy wschód?

Ostatnio waham się, czy ten maj aby na pewno jest wiosenny. Późna zima praktycznie w kilka chwil przemieniła się we wczesne lato. Poranne słońce w zasadzie nie różni się od tego, które witało mnie w ostatnie wakacje, temperatura praktycznie nie spada poniżej dwudziestu stopni, a rośnie... mam wrażenie bez opamiętania. Nawet wczorajszy deszcz, który - nie będę ukrywać - zaskoczył mnie całkowicie, był bardzo ciepły. Czy mi to przeszkadza? Absolutnie nie. Uwielbiam taką pogodę, dodaje mi niesamowitej energii, ale przynosi też pomysły, na realizację których z pewnością nie zdecydowałabym się zimą. Od kilku dni planowałam wstać i uwiecznić na zdjęciach wschód słońca. Planowałam, ale gdy spojrzałam na godziny wschodu uznałam to za całkowicie nierealne, zwłaszcza, że nawet o szóstej rano miewam ostatnio problemy z opuszczeniem łóżka. Ale postanowiłam spróbować, nastawiając się - na wszelki wypadek - na porażkę. 

Czerwone róże

Mówi się, że kwiaty coś oznaczają. Gatunek, kolor, sposób dawania... Mówi się też, że czerwone róże są symbolem miłości. Mówi się. Tak jakby dając różowe róże, kochalibyśmy mniej lub wcale. Przyznam, że nigdy nie chciałam patrzeć na kwiaty w taki sposób. Choć akurat czerwone róże będą do końca życia - mam nadzieję - kojarzyć mi się cudownie. Dlaczego? Już zaraz wyjaśnię.



Coś cudownego, czyli co?

"COŚ CUDOWNEGO", czyli dłuższy post. O tym, dlaczego wybrałam właśnie taką nazwę bloga, co mnie inspiruje i dlaczego właściwie piszę.

To może zacznę od początku. O założeniu tego bloga myślałam od dawna, ale znając swoje słabości, brak cierpliwości i wszystkie nieudane próby tworzenia bloga z okresu gimnazjum, starałam się odwlec to w czasie. Miałam chyba nadzieję, że to mi minie. Ale odkąd wyjechałam na studia zaczęłam się stopniowo zmieniać, udało mi się lekko zgasić swój słomiany zapał i nauczyć cierpliwości. Bez niej chyba nigdy nie przebrnęłabym przez te wszystkie medyczne książki. W związku z tym, jak widać, chęć założenia bloga nie minęła. A pierwszy post był zwyczajnie impulsem. Promienie słońca tamtego dnia wystarczyły, by pojawiły się pierwsze zdjęcia i pierwszy wpis.

Woda w roli głównej

Od dłuższego czasu z powodów osobistych "pechowa" 13 jest dla mnie szczęśliwą liczbą, zwłaszcza kiedy widzę w kalendarzu piątek trzynastego. Ot taki drobny powód do uśmiechu. I choć dzisiaj mamy sobotę, postanowiłam skorzystać ze słońca, o które ostatnio tak prosiłam i wybrałam się z aparatem na kolejne "polowanie na uśmiech". Tym razem celem mojego spaceru stał się jeden z bardziej znanych warszawskich parków.
Mimo całkiem sporej liczby spacerowiczów postanowiłam uchwycić na zdjęciach część widoczków, tym razem skupiając się na otoczeniu wodnym. Nie będę ukrywać, dłuższą chwilę mi zajęło, zanim dałam radę się wyciszyć i wyłączyć wszystkie zbędne myśli, ale kiedy już się udało... Ciężko mi było się oderwać, choć widziałam już zdziwione miny przechodniów, których po raz piąty mijałam biegając z aparatem w tę i z powrotem po parku. Jak odpoczywać, to odpoczywać w pełni!

W poszukiwaniu ciepła

Maj. Wspaniały miesiąc... Niestety mimo faktu, że kalendarzowa wiosna zaczęła się dawno temu, pogoda - jak zwykle - uwielbia się z nami droczyć. Właśnie dlatego w ten zimny majowy dzień postanowiłam kreatywnie wykorzystać okienko między zajęciami i poszłam na spacer do pobliskiego parku w poszukiwaniu wiosny i kolorów, które mogłyby wywołać uśmiech na mojej twarzy.
Na szczęście nie musiałam długo czekać na efekty, gdyż po kilku minutach zza chmur wyszło słońce i na dłuższą chwilę rozjaśniło całą okolicę.


A z racji, że ostatnio na nowo zakochałam się w robieniu zdjęć, postanowiłam udokumentować swoje znaleziska i podzielić się nimi z Wami. Być może uda mi się wywołać jeszcze kilka dodatkowych uśmiechów i pomóc w przetrwaniu tych zimnych, pochmurnych dni. Teraz nie pozostaje już nic innego, jak tylko zaprosić wiosnę ponownie i czekać na znaczną poprawę pogody.